Do nagrania tego odcinka zainspirowała mnie rozmowa Andrew Hubermana ze Stevenem Pressfieldem – myślę, że tych dżentelmenów nikomu nie muszę przedstawiać, jeżeli interesujecie się tematem psychologii i rozwoju osobistego.
Dziś skupimy się na fragmencie tej rozmowy, w którym omawiają koncepcję dwóch mentalnych trybów: profesjonalisty i amatora.
Polecam obejrzeć cały odcinek: How to Become a Professional at Your Craft | Steven Pressfield & Dr. Andrew Huberman
Chodzi tu o sposobu myślenia, a nie konkretny zawód czy stanowisko. Poszukamy takiego mentalnego przełącznika, który nagle zmienia to, jak patrzysz na swoje życie i na to, co robisz (albo czego ciągle nie robisz).
Pressfield jest znany z pojęcia Oporu. I nie chodzi o bunt wobec świata, tylko o coś znacznie bardziej podstępnego – wewnętrzną siłę, która sabotuje nas wtedy, gdy chcemy zrobić coś ważnego… ale trudnego.
Bo umówmy się – większość z nas nie sabotuje się przy scrollowaniu Instagrama. Sabotujemy się, gdy mamy zacząć pisać ofertę dla ważnego klienta, trenować, zmieniać coś w relacji, zadbać o siebie. Sabotujemy się, gdy mamy zrobić coś ważnego, ale z jakiegoś powodu trudnego.
Pressfield mówi, że u niego zadziałała jedna rzecz: przejście z myślenia jak amator do myślenia jak profesjonalista.
Pamiętajcie, że mówimy tu o zmianie mentalnej, a więc zmianie na poziomie myślenia. Pressfield nie mówi o zmianie stanowiska, pójściu na studia, tylko ma na myśli mentalną zmianę, a więc zmianę w głowie. Chodzi mu o przestawienie w głowie wajchy z pozycji amator na pozycję profesjonalista.
Amator ma luksus rozkmin: „chce mi się czy mi się nie chce?” Profesjonalista tego luksusu nie ma. Bo wie, że jeśli zacznie negocjować z nastrojem, to cały plan właśnie wylatuje przez okno.
Opór to przecież walka wewnętrzna z podstępnym wrogiem, który zna nas bardzo dobrze, dlatego potrafi nami manipulować. Negocjacje z własnym nastrojem, to pierwszy krok do porażki.
Jeśli robisz to profesjonalnie, masz plan treningowy, plan regeneracji, plan jedzenia. I kiedy dziś pada, jest zimno i absolutnie nie chce ci się wyjść… to cóż – idziesz biegać. Koniec dyskusji. Wiesz co masz do zrobienia i to robisz. Nie negocjujesz z nastrojem. Nie pozwalasz dojść do głosu wewnętrznemu sabotażyście. Pokonujesz Opór, który jak wspomniałem, pojawia się podczas robienia rzeczy ważnych, ale również z jakiegoś powodu trudnych.
Amator działa inaczej. Kieruje się tym, jak się dziś czuje. Ma ochotę – biegnie. Nie ma ochoty – nie biegnie. I jasne, ma do tego pełne prawo, bo jest tylko amatorem. Problem zaczyna się w sytuacji, w której chcemy efektów profesjonalisty, ale przywilejów amatora. A to tak nie działa.
Robert Lewandowski czy Cristiano Ronaldo nie pytają się codziennie rano, czy dziś „czują trening”. Nie zastanawiają się, czy mają dziś „wenę do trenowania”. Oni po prostu się pojawiają. Bo traktują swój plan serio.

Mental amatora i profesjonalisty nie dotyczy tylko sportowców. Dotyczy każdego z nas. Dlatego warto zadać sobie pytanie: czy my w ogóle traktujemy swoje życie serio w tych obszarach, które są dla nas naprawdę ważne?
Kolejna duża różnica między amatorem a profesjonalistą to podejście do sukcesów i porażek.
Profesjonalista nie bierze ani jednego, ani drugiego do siebie.
Amator? Totalnie odwrotnie.
Amator potrafi rozpływać się w sukcesach. Jedno miłe słowo, jeden komplement – i już ego rośnie jak na drożdżach. Ale wystarczy jedna porażka, jeden krytyczny komentarz, jedna przykra uwaga… i nagle pojawia się myśl: „Dobra, pierdzielę to. To chyba nie dla mnie.”
W życiu amatora naprawdę jeden zły komentarz potrafi wywrócić wszystko. Jedna opinia od kogoś z internetu, kogo nigdy nie widziałeś na oczy i nagle tracisz motywację do czegoś, co jeszcze wczoraj było dla ciebie ważne. Brzmi to irracjonalnie, ale tacy właśnie jesteśmy w trybie mentalnego amatora.
Profesjonalista od początku wie jedno: porażki się pojawią. To pewne.
Sukcesy? Może się pojawią. Może nie. To już mniej oczywiste.
Ale profesjonalista gra w długą grę. Patrzy na miesiące, lata, a nie na jeden dzień czy jeden komentarz. I dlatego jedna porażka, jedna krytyka czy czyjś nieprzychylny tekst spływa po nim jak po kaczce. Nie dlatego, że ma grubszą skórę albo jest z betonu. Tylko dlatego, że dokładnie wie, czym to jest: małym nic nieznaczącym punktem na tle całego, długoterminowego planu.
Jeśli naprawdę nie chcesz już myśleć jak amator, to jest jedna rzecz, z którą musisz skończyć to romantyzowanie nastroju.
Profesjonalne podejście jest brutalnie proste: robisz, nawet kiedy ci się nie chce. Robisz bo wiesz, że to ma znaczenie. Robisz a nie szukasz wymówek, by dziś jednak sobie odpuścić.
Amator, kiedy staje twarzą w twarz z przeciwnościami, bardzo często po prostu się wycofuje. I wtedy zaczyna się festiwal wymówek:
Amator bardzo mocno martwi się o swoje aktualne samopoczucie.
„Nie chce mi się dziś wstawać z łóżka.” „Nie mam ochoty dziś pracować.”
I wiesz co? To są prawdziwe odczucia. Tylko że one nie powinny decydować. Są one prawdziwe dla kogoś, kto negocjuje z własnym nastrojem i dopuścił do głosu wewnętrznego sabotażystę.
Profesjonalista nie ignoruje emocji, ale nie oddaje im sterów. Nie pyta siebie: „jak ja się teraz czuję?” Tylko raczej: „jak chcę się czuć, jeśli zrealizuję swój plan?”
I tu dochodzimy do bardzo ważnej różnicy. Amator i profesjonalista odpowiadają sobie na zupełnie inne pytania. A to właśnie od tych odpowiedzi zależy twój mental i jakość Twojego życia.
Amator żyje w perspektywie „tu i teraz”. Pyta: „Czy ja tego chcę w tej chwili?”
A odpowiedź jest prosta: chcę wszystkiego, co daje szybką ulgę i przyjemność. Seriale. Używki. Unikanie trudnych rozmów. Odkładanie rzeczy, które wywołują dyskomfort. Amator żyje w ciągłym poczuciu, że coś traci, jeżeli nie podąża za swoimi zachciankami tu i teraz. To bardzo słaba mentalna postawa, która sprawia że w życiu kierujemy się wyłącznie impulsami.
Profesjonalista zadaje sobie głębsze pytanie: „Czy ja powinienem tego teraz chcieć?”
Jasne, szybka przyjemność jest super. Tylko że jeśli jej sobie nie odmówię, to rozwalam własny plan. Fajnie byłoby obejrzeć kolejny odcinek serialu… ale muszę iść spać, bo jutro mam ważną rozmowę z klientem. Koniec negocjacji, czas wykonać plan bez żalu. Profesjonalista nie czuje, że coś traci, jeżeli mówi stanowcze NIE samemu sobie w kontekście impulsywnych zachcianek.
I to właśnie jest profesjonalne podejście. Nie pytam tylko, czego chcę teraz, ale też czego powinienem chcieć, patrząc na swoje życie w dłuższej perspektywie. Profesjonalista żyje zgodnie ze swoją tożsamością, natomiast amator pozwala, aby jego życiem targały zachcianki i impulsy.
Dobra, to teraz najważniejsze pytanie: jak w ogóle zacząć myśleć jak profesjonalista? I czy to w ogóle jest coś, czego da się nauczyć? Wiemy, że się to opłaca i prowadzi do życia lepszej jakości. Jednak jak zmienić swój mental z amatora na profesjonalistę?
Sam Pressfield mówi, że – przynajmniej w teorii – jest to łatwiejsze, niż nam się wydaje. Bo to nie jest kwestia talentu, wiedzy ani lat przygotowań. To jest decyzja na poziomie tożsamości. Decydujesz: od teraz w tym obszarze gram jak profesjonalista. I już.
No dobra… tylko teoria teorią. A jak to wygląda w prawdziwym życiu?
Kluczowa rzecz jest taka: nie we wszystkich obszarach życia musisz być profesjonalistą. Bo jeśli spróbujesz być „pro” wszędzie, to bardzo szybko wylądujesz w perfekcjonizmie i wiecznym napięciu.
Zmiana na poziomie tożsamości wymaga odpowiedzi na dwa pytania: kim jestem i kim chcę być.
A to z kolei oznacza, że wiesz:
Pamiętam, jak w szkolnych czasach mówiło się do kogoś, kto za bardzo się spinał na WF-ie: „Stary, nie gramy o złote kalesony”. I dokładnie o to chodzi. Musisz wiedzieć gdzie wcisnąć gaz do dechy i grać na profesjonalnym poziomie, ale też gdzie możesz odpuścić i podejść do tematu na luzie.
Profesjonalista wie, gdzie zaczyna się i kończy jego odpowiedzialność. Wie, które obszary życia są dla niego kluczowe i tam podchodzi do sprawy serio. Ale to nie jest człowiek bez dystansu, humoru i elastyczności.
Bycie amatorem też ma swoje zalety. Pozwala odpocząć. Pobawić się. Zrobić coś bez presji wyniku. Pod warunkiem, że wiesz, gdzie jest na to miejsce.
Możesz dla czystej frajdy pisać kryminały, które przeczyta tylko twoja mama – i wtedy totalnie okej, masz postawę amatora.
Ale jeśli chcesz żyć z pisania kryminałów, a jednocześnie czekasz na wenę, odkładasz pisanie i ciągle masz wymówki… to bądźmy szczerzy: to nie jest pech. To jest brak profesjonalizmu.
I tu znowu wracamy do decyzji: w czym naprawdę grasz na serio, a w czym pozwalasz sobie być amatorem?
Jedna z ciekawszych rzeczy, która pojawia się w rozmowie Hubermana z Pressfieldem, dotyczy wchodzenia w różne role. I to jest coś, co bardzo pomaga ustawić sobie w głowie mental profesjonalisty.
Chodzi o rozgraniczenie dwóch trybów:
Masz szefa – czyli kogoś, kto myśli strategicznie, ustala kierunek, negocjuje i podejmuje decyzje.
I masz pracownika – który bierze zadanie i je realizuje.
Pressfield opowiada o tym na swoim przykładzie, bo przez lata pisał scenariusze na zlecenie. Gdyby próbował jednocześnie negocjować warunki, sprzedawać swoje pomysły i jeszcze zastanawiać się, czy są wystarczająco dobre… to szybko by się zablokował. Pojawiłyby się wątpliwości, niepewność, brak odwagi.
Ale kiedy wchodził w rolę szefa swojej własnej firmy, wszystko się zmieniało. Nagle był profesjonalistą. Potrafił jasno mówić o swoich pomysłach, ustalać warunki i brać odpowiedzialność.
A potem – kiedy zlecenie było przyjęte – zdejmował garnitur szefa i przechodził w tryb pracownika. I w tej roli nie było już miejsca na rozkminy typu: „czy na pewno to najlepsze ustalenia?”, „czy mogłem to zrobić inaczej?”. Było zadanie do wykonania – więc je wykonywał. Profesjonalnie. Bez gadania.
Te dwie role – szefa i pracownika – możemy spokojnie przenieść do własnego życia. Pod warunkiem, że zrozumiemy jedną rzecz: etap planowania i etap działania to dwa różne światy. Wymagają innych umiejętności i innego nastawienia.
Swoją drogą, bardzo podobną koncepcję omawiałem kiedyś na YouTube, mówiąc o dwóch trybach „Tryb Człowieka” i „Tryb Robota”. Człowiek wie, kim jest i dokąd zmierza. Robot po prostu wykonuje zadania.
I uwierz mi – takie rozdzielenie ról naprawdę zmienia mental.
Polecam obejrzeć: Połącz te DWIE potężne SIŁY – i stwórz życie o jakim marzysz od dawna!
Temat oddzielnych trybów działania naprawdę warto wziąć sobie do serca, bo on totalnie wywraca do góry nogami nasze myślenie o efektywności.
Bardzo dużo pisze o tym Miłosz Brzeziński w książce „Miejski Pustelnik”. I serio – to najlepsza książka z psychologii i rozwoju osobistego, jaką w życiu czytałem. Szczerze polecam.
Brzeziński pisze tam o czymś bardzo prostym, ale piekielnie trafnym: planowanie robi się po to, żeby robić rzeczy fajne, a nie po to, żeby cały dzień zasuwać według cudzych pomysłów na nasze życie i gasić pożary, póki są jeszcze małe.
I teraz ważne: planowanie to zawsze osobny proces. To nie jest coś, co robi się „w biegu”, „między jednym mailem a drugim”. Możesz planować nawet pół dnia albo tylko kilka godzin do przodu – to bez znaczenia. Znaczenie ma jedno: plan musi mieć swój własny moment. Taki, w którym zajmujesz się tylko nim.
Bo jak nie masz planu, to bardzo szybko się rozpraszasz.
Znasz to:
„Hmm… co ja właściwie dziś będę robić?”
Mijają trzy sekundy.
Telefon już w ręce.
Bo przecież nic się nie dzieje… może są nowe maile do przeczytania, może coś fajnego na Facebooku.
A chwilę później wraca przytomność umysłu i orientujesz się, że robisz coś zupełnie innego.
„No dobra, trudno — skoro już zacząłem, to dokończę”.
Brzeziński mówi wprost: nawet mikroplany – takie na kilka godzin do przodu – wymagają zatrzymania się. Oderwania uwagi. Mentalnego „podniesienia rąk” i decyzji: nie dotykam niczego, dopóki nie wiem, co robię przez najbliższy kawałek czasu.
Ludzie często mówią, że mają problem z trzymaniem się planu. Jednak podstawowa zasada trzymania się czegokolwiek jest banalna: trzeba mieć się czego trzymać. Większość osób, która mówi, że ma problem z realizowaniem planów, po prostu ich nie robi. To ich mentalna blokada, bo już na starcie uważają, że planowanie jest dla nich za trudne.
Jasne, dni są różne. Nie zawsze da się żyć idealnie według planu. Ale jedno jest pewne: bez planu na pewno nie zrobisz nic sensownego.
I tu znowu wracamy do tematu tożsamości. Dobre plany są z nami spójne. Dlatego ich realizacja daje poczucie satysfakcji i dumy.
A jeśli realizujesz swoje „plany” i nie masz z tego żadnej radości… to być może warto się zatrzymać i zapytać, czy one nie są przypadkiem:
Wracając jeszcze na chwilę do rozmowy Hubermana z Pressfieldem – pojawia się tam ciekawa refleksja, która moim zdaniem jest kluczowa.
Huberman zgadza się z Pressfieldem, że przejście z trybu amatora do trybu profesjonalisty nic nie kosztuje finansowo. Nie trzeba kursów, certyfikatów ani nowego sprzętu. Ale… koszt emocjonalny i społeczny potrafi być ogromny. I właśnie dlatego tak wiele osób boi się zrobić ten krok.
Bo kiedy zaczynasz traktować siebie na serio – a więc jesteś profesjonalistą w ważnych dla siebie obszarach życia – to to widać i czuć z daleka. I tu pojawia się problem: automatycznie trafiasz na świecznik ludzi, którzy siebie i swojego życia serio nie traktują.
I nie ma się co oszukiwać – takie osoby bardzo często będą próbowały ściągnąć cię w dół. Obniżyć twoje standardy. Namówić cię, żebyś „nie przesadzał”. Bo jesteś dla nich solą w oku.
Tak naprawdę twoi krytycy mają dwa wyjścia:
Bo jeśli ty się poddasz i obniżysz standardy, to oni odzyskają komfort: „Widzisz? Mieliśmy rację. Da się żyć na luzie i nie przejmować się niczym.”
Ludzie nieustannie się porównują. I jeśli widzą, że masz system na życie, który może zaprowadzić cię daleko – że dbasz o jedzenie, unikasz używek, ćwiczysz, wysypiasz się i inwestujesz energię w rzeczy, które są dla ciebie ważne – to bardzo często ich pierwszą reakcją jest opór i krytyka.
Bo oni szczerze wierzą, że tak się nie da żyć. I zrobią wszystko, żebyś im to „udowodnił”, zaczynając sobie odpuszczać. Bo wtedy zrównasz się z nimi.
Zobacz, jak wiele osób jest wyśmiewanych za robienie dobrych rzeczy dla siebie. Powiedz, że nie pijesz alkoholu – ile krzywych uśmiechów to wywoła? A obżeranie się pizzą i piwo do meczu? No proszę, „normalny standardzik”. „Trzeba się wyluzować”, „mieć coś z tego życia”.
I właśnie to jest podejście amatora – życie pod dyktando chwilowej przyjemności, jakby jutra miało nie być.
Dlatego zapamiętaj jedną rzecz: koszt przejścia na podejście profesjonalisty nie jest finansowy. Jest emocjonalny i społeczny.
Ta decyzja prawie zawsze wiąże się z krytyką, próbami sabotowania i wyśmiewania twoich działań.
Pytanie tylko brzmi: czy postawa kilku amatorów, którzy marnują swoje życie, naprawdę ma decydować o jakości Twojego życia?
Dla mnie odpowiedź jest prosta. I dokładnie taka, jaką słychać w tej rozmowie.
Tu dochodzimy do najsmutniejszego wątku całej tej historii. I dla wielu osób to jest najtrudniejsza pigułka do przełknięcia.
Chodzi o to, że w życiu są ludzie, od których trzeba się odciąć.
Już czuję, co się teraz pojawia w głowie:
Tylko zatrzymajmy się na chwilę i zadajmy sobie jedno, bardzo niewygodne pytanie: czy warto dawać kolejne szanse komuś, kto nie chce się zmienić na lepsze, tylko chce ściągnąć całe swoje otoczenie do własnych, niskich standardów?
Pressfield przywołuje tu film Buntownik z wyboru.
Postać grana przez Matta Damona to matematyczny geniusz, który wyrasta w środowisku robotniczym. Środowisku, w którym bliżej jest do przemocy, popijaw i „jakoś to będzie”, niż do liczb, potencjału i myślenia o przyszłości.
Tam normą jest życie tu i teraz. Kumpelstwo, piwko, brak planu. I jest ta genialna scena pod koniec filmu, kiedy Ben Affleck – jego przyjaciel – mówi mu mniej więcej coś takiego: „Wiesz, jeśli wrócę tu za 20 lat i ty nadal będziesz w tym samym miejscu, to cię zabiję. Bo wygrałeś na loterii.”
Teraz Ty musisz spojrzeć na siebie. Masz dar. Masz potencjał. I masz obowiązek go wykorzystać. Nie po to, żeby się wywyższać. Tylko po to, żeby nie zmarnować życia, które dostałeś.
I o to właśnie chodzi: żeby wykorzystać swój potencjał, a nie na siłę dopasowywać się do miejsca, w którym wylądowałeś przez los, przypadek albo urodzenie.
Czasami musisz zostawić swoje dawne środowisko za sobą. Bo jeśli tego nie zrobisz, to zwyczajnie nie masz szans się rozwijać.
To, w jakim środowisku dorastasz, bardzo często nie zależy od ciebie. Dziecko musi się dostosować, żeby przetrwać. Ale jeśli jako dorosły człowiek wmawiasz sobie, że musisz dostosować się do czegoś, co cię niszczy, osłabia i blokuje rozwój… to popełniasz mentalny błąd.
To oznacza, że dalej działasz jak dziecko, które chce „jakoś przetrwać”. A nie jak dorosły, który bierze odpowiedzialność za swoje życie – nawet jeśli oznacza to brutalne decyzje.
Jeśli mówisz sobie, że:
to przykro mi, ale mentalnie wciąż jesteś dzieckiem.
Czy będzie łatwo? Nie. Absolutnie nie.
Bo – jak już mówiłem wcześniej – traktowanie życia poważnie, jak profesjonalista, niewiele kosztuje finansowo. Ale emocjonalnie potrafi kosztować bardzo dużo.
Nie potrzebujesz weny, idealnych warunków ani dodatkowej wiedzy.
Przejście z myślenia amatora do profesjonalisty to decyzja tożsamościowa: „W tym obszarze gram na serio.” Profesjonalista robi swoje nawet wtedy, gdy mu się nie chce – bo wie po co to robi, ma plan na swoje życie.
Amator pyta: „Czy mi się chce?”
Profesjonalista pyta: „Czy powinno mi się tego chcieć?”, „Czy to jest zgodne z moim planem?”
Romantyzowanie nastroju zabija efekty. Emocje są ważne jako sygnał i wskazówka, nie mogą się jednak stać dyktatorem w twoim życiu.
Profesjonalista nie bierze ani sukcesu, ani porażki osobiście.
Jedna krytyka, jeden zły komentarz, jedna porażka nic nie znaczy, jeśli masz długoterminowy plan.
Amator odpada po pierwszym hejcie, negatywnej opinii, czy potknięciu.
Najpierw jesteś szefem: myślisz, planujesz, decydujesz.
Potem jesteś pracownikiem: wykonujesz zadanie bez rozkmin i wątpliwości.
Bez planu zawsze przejmą ci dzień cudze sprawy i przypadek.
To nie koszt finansowy boli najbardziej, tylko emocjonalny i społeczny.
Gdy traktujesz życie serio, pojawia się krytyka, opór i próby ściągania cię w dół.
Czasem trzeba zostawić stare środowisko, bo nie da się wzrastać tam, gdzie obowiązuje pakt przeciętności.
Na koniec chcę zostawić cię z jedną, bardzo prostą myślą. Twoje życie nie roztrzaska się spektakularnie na kawałki. Ono raczej rozmyje się powoli. Dzień po dniu. Odkładaniem. Odpuszczaniem. Czekaniem na lepszy moment. Bycie amatorem we wszystkim, kawałek po kawałku odbiera ci szansę na realizację własnego potencjału. Dla amatora czas jest wrogiem, bo odbiera mu szansę na spełnione życie.
Pamiętaj, że nikt do Ciebie nie przyjdzie i nie powie: „od dziś grasz na serio”, „możesz być profesjonalistą”. To nie jest kwestia okoliczności. To nie jest kwestia szczęścia. To jest twoja decyzja. To kwestia twojego wyboru i odpowiedzialności za ten wybór.
Profesjonalizm zaczyna się w momencie, w którym przestajesz pytać, czy ci się chce – a zaczynasz pytać, kim chcesz być. Nie jutro. Nie od nowego roku. Ani nie od innej magicznej daty w kalendarzu. Tylko od dziś, właśnie od tej chwili. Podejmujesz decyzję, robisz plan i się go trzymasz. Jak coś nie działa to poprawiasz, bez rozczarowania sobą czy światem. Dla profesjonalisty czas jest sprzymierzeńcem, który pomaga mu wyprzedzić konkurencję.
I nie chodzi o to, żeby być profesjonalistą we wszystkim. Chodzi o to, żeby wybrać te obszary, które są naprawdę ważne – i tam przestać się oszukiwać.
Bo prawda jest brutalna:
Tak, to będzie kosztować. Emocjonalnie. Społecznie. Czasem samotnością. Ale alternatywa kosztuje więcej – zmarnowany potencjał i rozczarowujące życie.
Więc jeśli miałbym zostawić cię z jednym pytaniem, to nie byłoby ono motywujące ani miłe. Byłoby uczciwe i brutalnie szczere: W jakim jednym obszarze swojego życia dalej zachowujesz się jak amator – mimo że doskonale wiesz, że stać cię na więcej?
Zatrzymaj się teraz i pomyśl, a następnie odpowiedz na to pytanie. A co zrobisz z tą wiedzą… to już jest wyłącznie twoja sprawa.
Pozdrawiam,
Patryk Wójcik
Książka "Miejski Pustelnik" - autorstwa Miłosza Brzezińskiego
Artykuł lub podcast Rafała Mazura (zenjaskiniowca) - "CHADD WRIGHT – to co mówisz ma znaczenie"
Rozmowa z Miłoszem Brzezińskim w podcaście Wywiadowcy: Miłosz Brzeziński – miejski pustelnik. Jak żyć lepiej? Szczęście a przyjemność | Wywiadowcy #119